Home
Home > blog > Ayuthaya

Ayuthaya

Bangkok czy jakiekolwiek wielkie azjatyckie miasto może zmęczyć. Jeśli ktoś nie jest przyzwyczajony do tłumów ludzi, wiecznych korków, odległości, ogólnego chaosu i smrodu to męczy podwójnie.

Zwiedzanie czy też przemieszczanie się pomiędzy kolejnymi atrakcjami wymaga uzbrojenia się w cierpliwość i przedzierania się z punktu A do B wśród tłumu ludzi. Jednakowoż istnieje alternatywa i warto z takiej skorzystać, jeśli jest choćby jeden dzień czasu – mianowicie Ayutthay`a. Niegdysiejsza historyczna stolica Tajlandii przez blisko 400 lat tętniła życiem, była ważnym ośrodkiem kulturalnym, handlowym a i nawet militarnym. Chociażby z racji swojego położenia mogła sie prężnie rozwijać by w XVIIw. doprowadzić nawet do tego, że nazywano ją „Złotym Miastem” – królestwo nieustannie bogaciło się na handlu z Chinami czy Indiami oraz na eksporcie. Niestety w 1767r. dwuletnie oblężenie miasta przez najeźdźców z Birmy położyło kres królestwu Ayutthay`i – stolica została ograbiona i doszczętnie spalona. Dawnej świetności nigdy już nie odzyskała i do dziś pozostaje niewielką, aczkolwiek niezwykle urokliwą i nawet romantyczną miejscowością nieopodal Bangkoku. W sam raz na jednodniową wycieczkę.

Nasz plan był niezwykle ambitny – w przedzień spotykamy się wieczorem z dwiema polkami, które akurat były w Bangkoku by wspólnie ruszyć i spędzić razem cały dzień. Rozmawialiśmy długo na patio naszego hotelu, na tyle skutecznie, że pogaduszki przeniosły się na międzynarodowe towarzystwo obok. Mix przeróżnej maści tajlandzkiego piwa, ciężkich australijsko-amerykańsko-kanadyjsko-niemiecko-polskich debat skutecznie starał się nas oddalić od przyrzeczonego dziewczynom „spoko, widzimy się o 8 rano”. I oddalił – pobudka po 9 i głęboka zaduma co tu zrobić z tak „pięknie” rozpoczętym dniem. Dziewczyny finalnie się też nie wybrały, ale my postanowiliśmy podziałać. Jako, że dzień wcześniej zgubiliśmy przewodnik, to na szybko sprawdziliśmy w necie jak się mniej wiecej tam dostać i ruszyliśmy w teren z nadzieją, że jakoś to będzie i w razie czego `koniec języka za przewodnika`. Ha, gdyby jeszcze na tym końcu języka był język tajski to luz – a z angielskim nie zawsze szło łatwo – znaczy się, nam szło, tajom mniej. Docieramy w końcu około 13.00 pod Victory Monument skąd teoretycznie miały odjeżdżać busy w miejsce docelowe.

Przez pierwsze 40 minut żaden z lokalesów nam tego faktu nie potwierdził, co finalnie powodowało spore poddrażnienie – bo łażenie wokoło kolosalnego ronda, wśród tłumu spalin wiekowych autobusów naszego samopoczucia nie polepszało. Na dodatek mało kto rozumiał o co pytamy, a jak już zrozumiał to tłumaczył tak pokrętnie, że nie sposób było ustalić właściwy kierunek. Mnogość dróg, rozjazdów, wejść do kolejki skytrain naszego rozeznania w terenie nie ułatwiały. Napotykamy w końcu zagraniczniaków i udaje się trafić do niskiego jegomościa co to przy stoliku sprzedawał bilety – 60bht w jedną stronę, czas przejazdu 1.5h. W oczekiwaniu na przyjazd spotykamy starszego pana ze stanów, taki co to na pytania „gdzie pan do tej pory był?” odpowiada „byłem wszędzie” a potwierdzać ten fakt ma znoszony plecak, wielgachna broda, sandały do nylonowych skarpetek. Zasiadamy więc z panem skarpetką do podstawionego busa i ruszamy w drogę cały czas rozprawiając ogólnie o Tajlandii, podróżowaniu i życiu w Polsce i USA. Po drodze natrafiamy na klasyczny tajski numer pt. jak wydębić kasę od białasów – bus staje na przedmieściach miasteczka, otwierają się drzwi i kierowca rzuca że jesteśmy na miejscu. Oczywiście jest to tzw dodatkowy przystanek, tylko po to by czekający w tym miejscu tricyksiarze mogli zabrać skołowanych turystów i za kolejne 100 czy 200bht zawieźć ich motorkiem dokładnie w to miejsce gdzie dojeżdża bus. Pan skarpetka, jako że siedział z przodu momentalnie ostro zareagował, trzasnął drzwiami stwierdzając, że był w Tajlandii kilkanaście razy, mieszka tu od lat, trasę pokonywał wielokrotnie i zna te numery. Do tego pouczające „you`re not a good driver” oraz „bad boy” i jedziemy dalej. Lądujemy w centrum miasta, gdzie od razu wypożyczamy rowery bo tak najlepiej zwiedzać okolicę – zabytki są od siebie nieco oddalone i robiąc trasę pieszo można się solidnie zmęczyć i nie zobaczyć wszystkiego, choćby z racji odległości. 40bht za rower nie jest specjalnie wygórowaną ceną i zdecydowanie warto skorzystać.

ayutthaya rower

Świątynie, ruiny porozrzucane sa po całym mieście więc warto odwiedzić choćby kilka najważniejszych z czego te najlepsze mogą być płatne ok. 50bht za wstęp. Niestety nie zwiedziliśmy wszystkiego, ale też zobaczyliśmy na tyle dużo, by nie musieć wnikliwie ogladać każdego kamienia który w mieście się znajduje. Podobno bardzo fajną opcją jest pozostanie na noc, gdyż odbywają się spektakle w stylu „światło i dźwięk” – podobno robią znakomite wrażenie, ale z racji późnej pory tychże, powrót do Bangkoku może być mocno utrudniony bądź też szybki ale drogi.

DSCF4311
DSCF4301

DSCF4314

Jeśli ktoś jest spragniony zabytków a nie wybiera się chociażby na północ Tajlandii, to zdecydowanie warto Ayutthaye odwiedzić – znakomity odpoczynek od głośnego Bangkoku. Mówią też, że to taki mały Angkor Wat – ale moim zdaniem to moooocno naciągane stwierdzenie. Jednakowoż warto !

Wracając poleca się doliczyć ze 2h na korki …

DSCF4322

Marcin
Nie urodziłem się ani w samolocie ani też Tony Halik nie był moją rodziną. Ot po prostu kiedyś zacząłem jeździć po świecie i tak pozostało. Kiedyś z rodzicami maluchem po całym kraju, a obecnie to już bez ograniczeń.. Najchętniej jednak w Azji... Zawsze z aparatem i zawsze na styk...

skomentuj

Top
%d bloggers like this: