Home
Home > blog > Balicasag island hopping

Balicasag island hopping

Będą na Filipinach nie sposób uskutecznić wypadów po wyspach zwanych tu potocznie island hopping. W zależności od rejonu układa się to różnie, czasem dwie wyspeki z plażowaniem i nurkowaniem, czasem 5 wysepek a czasami np 3. Wszystko zależy od rejonu, możliwości i oczywiście od tego jak się dogadamy z kapitanem. Tak, tak – nawet bangki mają swojego kapitana choć nie wyglądają na coś co mogłoby takowego wymagać 🙂 Po plaży śmiga mnóstwo łebków z karteczkami na których mają podrukowane swoje oferty i próbują każdemu coś wcisnąć. Klasyka. Przejrzawszy kilkanaście takich ofert podjęliśmy decyzję, że trzeba koniecznie skorzystać, a że wszystkie bardzo podobne wybór ograniczał się do człowieka który w miły sposób nam to zaprezentuje i będzie potrafił to po angielsku wytłumaczyć. No i trafił się. Zółta koszulka go nazwaliśmy. Dopadł nas gdzieś wieczorem na plaży, natłumaczył się jak to nie jest cudnie, tanio, że nikt inny nie robi tego jak oni itp itd. Cena wszędzie taka sama więc zostawiliśmy mu 500 php (35 pln) zadatku, odebraliśmy pokwitowanie na serwetce i spokojnie mogliśmy wrócić poczynic przygotowania do wyprawy. Gdzie oczywiście przygotowania oznaczały wyszarpanie masek i fajek z plecaka oraz zakup wody i jakiegoś lekkiego prowiantu. Ustawka o 6 rano na plaży – żółta koszulka wie gdzie śpimy (?) więc się pojawi u nas pod palmą o świcie. Spoko – daleko nie mamy, 10 kroków zasadniczo. Pobudka o świcie. Plaża pusta. Łódki cierpliwie czekają. Pogoda zasadniczo nie wyglada źle a nawet pojawiają się przypuszczenia, że będzie dobrze.

W miarę szybko znaleźliśmy łódkę i czekamy. Pojawia się też jakaś para na ten sam trip więc siedzimy i debatujemy na temat pogody i braku naszych łódkowych. Po jakimś czasie pojawiają się żółta koszulka i inny naganiacz od tamtej pary. Krótka rozmowa i wychodzi na to, ze nie popłyniemy bo nad Mindanao jest tajfun (ok 100km od nas) i warunki na morzu są ciężkie z powodu dużych fal. Nawet straż przybrzeża zabroniła wypływać w morze. No OK, myślimy, zdarza się i wyciągam rękę po forsę. No i tu się zaczynają schody bo forsy nie ma. Luzik, wyszarpię od kurdupla w koszulce każde moje peso i staję przed nim (180cm kontra 140cm wzrostu) z informacją że ma 5 sekund na oddanie całej zapłaconej kasy. Klasycznie zaczyna się kręcenie, ze musiał kupić paliwo do łodzi i ma tylko 200 peso. Resztę musi zorganizowac albo pożyczyć od mamy. Tłumaczenia pokrętne, ale bierzemy tyle ile ma i idziemy z nim do domu. Nie dochodzimy jednak do domu gdyż koszulka nie mieszka przy plaży tylko w głębi wyspy i musi swoim motorkiem jechać kilkanaście km po kasę. No oczywiście – jak mogliśmy tego nie przewidzieć. Przecież nie może być tak prosto. Myślę spoko – on tu na tej plazy zarabia na życie więc musi tu wrócić i go znajdę tak czy owak. Puszczamy gościa motorkiem z info że czekamy godzinę na niego i kasę. Jest 7 rano a tu już tyle przygód. Zabieramy się za śniadanie i w spokoju czekamy na koszulkę.

Ku mojemy wielkiemu zdziwieniu wrócił tak szybko jak zapowiedział. Świat nie okazał się jednak tak zepsuty, myślę… Brakło mu 100 peso. Jednak zepsuty… Po raz kolejny koszulka dostaje nakaz organizowania kasy i do wieczora ma dostarczyć po nasz dom. Mija kilkadziesiąt minut i zjawiają się jakieś ziomki od koszulki z info, że straż wybrzeża poszła sobie do domu i można wypływać w morze. Tym razem nie dajemy się wyrolowac i płacimy dopiero będąc jedną nogą na pokładzie. Ruszamy z grupą koreańczyków (małżeństwo z dwójką nastoletnich dziewczynek). Próbujemy nawiązać znajomośc i zagadujemy po angielsku – niestety bez odzewu. Równie dobrze mógłbym zagadać po węgiersku lub kaszubsku… Jak oni w ogóle się dogadali w sprawie wycieczki nie potrafię zrozumieć do końca wyprawy. Jak w ogóle oni się dostali na Filipiny nie rozumiejąc nic po angielsku…? Pozostaje konwersować z załogą która jest bardzo chętna, ale huk silnika skutecznie zagłusza jakiekjolwiek próby usłyszenia się.. Ruszamy więc …

Celem jest niewielka wysepka Balicasag (kilka domostw, plaża, sankutarium ryb) oraz coś zupełnie małego czego nazwy zupełnie nie pamiętam (podejrzewam że łacha piasku z kilkunastoma palmami). W godzinę powinniśmy być na miejscu – tak zapowiedział kapitan i dorzucił „always trust the captain”. Wydało mi się to zabawne z początku. Jak się okazało później – tylko z początku…

Dopóki fale nie zalewały mi plecaka to spokojnie siedzieliśmy, robiliśmy foty i rozglądaliśmy się po okolicy. Jednak gdy tylko ląd zniknął z oczu fale zdecydowanie przybrały na sile i było słychac tylko potworny szum morza, ryk silnika co chwile wychodzącego z wody, a to wszystko w trakcie mega wiatru przy stalowoszarym niebie. Bacznie obserwowaliśmy morze i fale przewyższajace nas o głowę które to kapitan musiał tylko sobie znanymi sposobami pokonywać. Miejscami połowa łodzi była wysoko w górze a dociążony tył powoli przesuwał się po grzbietach fal. W wolnych chwilach widzieliśmy tylko jego trójkę pomagierów skaczącą po łodzi i balansującą ciałem by się nie wykopyrtnęła. Always trust the captain – nie pozostało nam nic innego… Im bliżej brzegu morze robiło się spokojniejsze i w miarę bezpiecznie dopłynęliśmy do wyspy.

Balicasag powitał nas potwornym hukiem morza – co prawda wylądowaliśmy po zawietrznej ale jakieś 200m za nami wyspa się kończyła i było słychać co wiatr potrafi wyczyniać z falami. Próbowaliśmy nawet chwilę ustać ale się nie udawało – wiatr nas zmiatał w głąb wyspy. Zostajemy na wyspie 2h ale głównie siedzimy na brzegu i takiej nadbrzeżnej knajpie (kilka stolików i hamak pod palmami) rozmawiajac z tybulcami o różnych głupotach. Kapitan nawet wpadł na pomysł by zapędzić koreańców na nurkowanie – ci co prawda go nie zrozumieli ale jak dostali maskę i płetwy w łapę – załapali w czym rzecz. Śmialiśmy się wszyscy z nich przeokrutnie – podejrzewaliśmy że wrócą z nurkowania zziębnięci i lekko wystraszeni – ale gdzież tam – koreańczycy to naród twardy i ci nie byli wyjątykiem. Mając na uwadze to co się działo na morzu i fakt, że mieliśmy tą samą drogą wrócić a wiatr się wzmagał – zacząłem dumać o zmianie naszego orzeszka na coś większego. Niestety wszystkie łodzie takie same a te dla nurków były za daleko by je ściągnąć do nas. No cóż – skoro kapitan powiedział ze takie warunki to luzik i on pływa tak od kilkunastu lat – always trust the captain. Żegnając się z babeczkami w knajpie pytamy czy one często tak pływają. Mówią, ze filipinskie służby meteorologiczne PAGASA sygnał 1 ostrzeżenia o tajfunach i łódki wtedy nie pływają. Pytamy więc ilu stopniowa jest to skala tajfunowa – nie wiedzą bo przy 1 już nikt nie wypływa. Uśmiecham się, żegnam i odwracam głowę. Kapitan macha by pakować się na łodź. Always trust the captain…

Po godzinie szczęśliwie lądujemy na naszej plaży. Żegnamy się z ekipą, kapitan rozkłada się na łodzi i odpala papierosa. My też – ale nieco dalej od łodzi.

 

Wycieczka – 1000 peso/2 osoby (70zł) – wrażenia niezapomniane 🙂 Mimo wszystko – polecam.

Marcin
Nie urodziłem się ani w samolocie ani też Tony Halik nie był moją rodziną. Ot po prostu kiedyś zacząłem jeździć po świecie i tak pozostało. Kiedyś z rodzicami maluchem po całym kraju, a obecnie to już bez ograniczeń.. Najchętniej jednak w Azji... Zawsze z aparatem i zawsze na styk...

skomentuj

Top
%d bloggers like this: