Home
Home > borneo > Malezyjskie Borneo – atrakcje Kuching

Malezyjskie Borneo – atrakcje Kuching

kuching pomnik kota
miasto kotów – niemalże każde większe rondo posiada pomnik kota

Kuching jest miastem jakie niemalże każdy przylatujący na Borneo odwiedza – czy to prozaicznie z powodu lotniska, czy też z powodu atrakcji które są w pobliżu. Na pobyty krótkie i te dłuższe rejon oferuje dość dużo, więc nudzić się nie sposób. Począwszy od samego miasta poprzez okoliczne parki narodowe, fermy krabów, jedwabiu, sanktuaria dzikich zwierząt czy tzw cultural villages. Do wyboru i koloru dla każdego znajdzie się naprawdę wiele. Wszystko w zależności od tego kto ile dnia zamierza spędzić i cóż ciekawego zobaczyć. Tym razem postanowiliśmy do tematu podejść jak na nas mocno nowatorsko i zaproponować kilka miejsc które można zobaczyć. Oczywiście nie wyczerpuje to tematu i bardzo dobrze, bo do takich miejsc można wracać i wracać. A i nawet 16 lat mieszkać jak Bob, którego poznaliśmy jakiś czas później w zupełnie innym miejscu.

I jak na kociarzy przystało to Kuching po malajsku oznacza „kot”. Pomników zwierzaków jest tu mnóstwo, ba nawet jest muzeum kotów. Więc dla każdego coś miłego się znajdzie.

Waterfront

Klasyczna, prawie 900 metrowa esplanada ciągnąca się wzdłuż rzeki Sarawak przyciąga wszystkich zarówno w dzień jak i wieczorami. Miejscami to może nawet przypomnieć takie typowe
śródziemnomorskie promenady ze wszystkimi ich plusami i minusami. Wzdłuż niej jest ulica o nazwie Main Bazaar z niezliczoną ilością sklepików wypełnionych wszystkim tym czego zasadniczo kupować nie należy – no chyba, że ktoś uwielbia plastikowe kotki, dzwoneczki itp gadżety wszystko przyozdobione dumnymi napisami Sarawak-Borneo. Aczkolwiek, tu niezwykle cenna uwaga dla tzw. poszukiwaczy – Main Bazaar, najstarsza ulica miasta, potrafi zaskoczyć i pośród tej całej plastikowej tandety można spokojnie znaleźć rzeczy wartościowe, niespotykane, godne uwagi i przepiękne. Więc warto się temu miejscu nieco bliżej przyjrzeć i pozaglądać w różne zakamarki. Znajduję się tu wiele ciekawych typowo chińskich czy malajskich budynków ale niestety dość mocno zniszczonych. Cała promenada wypełniona ławeczkami, nowoczesnymi rzeźbami, fontannami oraz stoiskami z ulicznym jedzeniem w nocy zamienia się w tętniącą życiem, rozegraną i rozśpiewaną część miasta. Nie sposób się nudzić – o ile nie pada 🙂

John Tan Art Gallery

Miejsce zupełnie magiczne jak dla nas. Galeria z rękodziełem przeróżnych plemion zamieszkujących Borneo. Dwa piętra plus zaplecze do cna wypełnione maskami, meblami, akcesoriami codziennego użytku oraz przedmiotami rytualnymi. Dla chcących zakupić klasyczne pamiątki z drewna/metali szlachetnych oferta jest przebogata i całkiem przyzwoita cenowo (rzeczy nowe celowo postarzane), dla tych chcących kupić oryginały nierzadko 100 letnie oferta nie ma wręcz końca (tu jednak cenowo miło nie jest).

Niestety zaliczamy się do tej drugiej grupy i w galerii spędziliśmy pół dnia oglądając przeróżne wojenne maski Iban oraz Dayak. Niezliczona ilość mebli i elementów wyposażenia domu z drewna tekowego, biżuteria a i nawet ogromny czajnik za 6000 zł. Sprzedawcy i sam właściciel to ludzie z przeogromną wiedzą i można ich słuchać godzinami. A jeśli się znudzi słuchanie choć nie sądzę, to na oglądanie albumów na temat Dayak Primitive Tribal Art zabraknie już dnia. A 100 letnie maski są do zobaczenia … u nas w domu 🙂

Sarawak Museum

Kuching Sarawak Museum building
Kuching Sarawak Museum

Muzeum Etnograficzne to magia w najczystszej postaci. Przekraczając próg XIX wiecznego budynku w stylu normandzkim przenosimy się w świat Indiany Jones`a. Wielkie drewniane gabloty, wypchane zwierzęta niekiedy już wyliniałe z dorobionymi oczami z guzików (niektóre zezowate), kolosalne szkielety, ryby a i nawet krokodyl z którego brzucha w 1993 wyciągnięto zegarek gdzie wskazówki zatrzymały się na 4:30. Na I piętrze część poświęcona społecznościom zamieszkującym rejon Sarawak – naturalnych rozmiarów pomieszczenie mieszkalne jednego z longhouse`ów, klimatyczna muzyczka w tle, ognisko z czerwonej żarówki i folii itp. Bardzo dużo ciekawych informacji, opisów i naprawdę sporo zwiedzania. Mimo, że samo muzeum pamięta pewnie czasy Radży Brooks`a z XIX wieku jest naprawdę warte zobaczenia, bo klimat tam panuje niepowtarzalny i dość inny od tego co oglądamy chociażby w Europie. Z tyłu znajduje się akwarium – tu sytuacja podobna – pojedyncze ryby w pustych akwariach o niezbyt czystych szybach. Żadnych porywających okazów niestety nie ma. Muzeum tekstylne natomiast znajduje się niedaleko budynku poczty ale i tu sytuacja wygląda podobnie. To jest polecane szczególnie pasjonatom bądź studentom kierunków modowych lub kroju i szycia – elementy ozdobne strojów ślubnych plemienia Iban dla przykładu częściowo wykonane są z metalu. Nie zabrakło oczywiście naturalnych rozmiarów figur o brzydkich twarzach przy krosnach – tak oby uzmysłowić każdemu oglądającemu co i jak się wtedy robiło. Muzeum tekstylne dla fanatyków tematu zdecydowanie.

Fort Margherita

kuching river boat
transport łodzią – koszt 1zł.

Zbudowany w 1879 roku przez Radżę stanu Sarawak Charles`a Brooks`a. Nazwę zawdzięcza małżonce Radży Ranee Margaret. Znajduje się po drugiej stronie rzeki i jest do zwiedzenia zasadniczo w ciągu max 2-3h – transport łodzią na drugą stronę (1 MYR) i około 15 minut przez wioskę w stronę fortu (trasa dobrze oznaczona). Ta wersja jest najszybsza, istnieje alternatywna drogowa – ale będzie bardziej kosztowna no i zdecydowanie dłuższa. Zresztą sama przejażdżka łódką jest bardzo miła, szczególnie przy wysokim poziomie wody, padającym ulewnym deszcze i ze świadomością że w górze rzeki otworzyli tamę by spuścić wodę – prąd miotał niewielką łódeczką na wszelkie strony.  Fort usytuowany na niewielkim wzgórzu ze znakomitą widocznością w każda stronę miał chronić Kuching przed atakami piratów. Niestety budowa fortu zakończyła się już w czasach względnego spokoju i nie był mocno eksploatowany w sensie obronnym. W późniejszym okresie służył jako skład broni, więzienie a nawet policyjne muzeum. Obecnie to historyczne muzeum, wstęp wolny (9-16).

Semenggoh Wildlife Centre

Centrum rehabilitacyjne orangutanów położone zaledwie 20 km od centrum miasta. Stworzone w celu pomocy i ratunku zwierzętom osieroconym, chorym oraz takim które zostały uratowane z rąk ludzkich. W porze suchej cały teren można zwiedzać, jest wytyczonych sporo ciekawych tras, jednakże cały czas należy mieć baczną uwagę na orangutany – żyją na wolności, nie ma żadnych ogrodzeń i czasem te zwierzęta mimo miłego wyglądu potrafią być naprawdę agresywne. W samym centrum jest wystawa zdjęć żyjących tam zwierząt wraz z opisami oraz przypadki osób które miały wątpliwą przyjemność zaznać kontaktu z nimi. Nie są to powierzchowne zadrapania. Do centrum z dzielnicy indyjskiej jedzie autobus nr 6 (4 MYR). Karmienie odbywa się 2 razy dziennie o 9 i 15, więc by zdążyć na pierwsze karmienie należy pojechać busem 7:20. Pomiędzy karmieniami park jest nieczynny i wstępu nie ma – o czym się naocznie przekonaliśmy. Na nasze karmienie pojawiła się para orangutanów i oglądanie ich z bliska jest fenomenalne. Niestety w porze mokrej (a w takiej byliśmy) rzadko się pojawiają bo mają dość owoców w dżungli – więc nasze szczęście jest podwójne. Każdy spotkany na pytanie czy widzieliśmy „człowieka lasu” i usłyszawszy, ze tak, stwierdzał „lucky you”. Więc coś w tym jest i szczęście mieliśmy. Wstęp 10 MYR i drogą asfaltową przed siebie około 20 minut. Po karmieniu krótki wykład pracowników na temat zwierzaków, parku, zachowania itp. Poleca się. Rozkład jazdy autobusów: Jalan Masjid do Semenggoh: 7:20; 9:50; 13:15. Powrotne: 8:20; 11:05; 14:05; 16:05.

Pitcher Plant Garden

Gdyby ktoś tak jak my wybrał się na orangutany w tzw. przerwie między karmieniami, to wystarczy się cofnąć jeden przystanek autobusowy i wysiąść na przystanku 10th Mile Bazaar w centrum miejscowości Kota Sentosa i zwiedzić ogród tzw żarłocznych roślin i dzikich storczyków. Niewielki ogród mieści się tuż przy samej drodze i przystanku autobusowym – wstęp 6 MYR. Zdecydowanie dla zabicia czasu, aczkolwiek entuzjastom na pewno się spodoba. ogólne wrażenie trochę kiczowate i zaniedbane – rośliny w większości w doniczkach porobionych z poprzecinanych butelek, niewielka instalacja z 3 kamieni z wodospadem i kilkoma storczykami ma podobno dodawać miejscu uroku i klimatu. Gdyby nie hałas okolicznego bazaru i mocno ruchliwej drogi pewnie by ten urok był. W pobliżu bazar z oponami, kratkami wentylacyjnymi i rurami oraz centrum handlowe. Turystów zupełny brak więc zdecydowanie na plus.  Biały rozglądający się po sklepie z urządzeniami do spawania robi zawsze dobre wrażenie. Nie wiem czemu, ale zawsze ludzie chcą mi sprzedać bramy wjazdowe do garażu albo jakieś ogromne ramy do łóżka…

Dzielnica hinduska

Uwielbiam takie miejsca choćby z dwóch powodów – znakomite jedzenie, ogrom bazarów i ludzie. To już trzy powody w sumie. Zapachy przypraw, rozmaitego jedzenia, nieczystości, spalin mieszają się w jednym miejscu i powoduje, że … akurat mnie nie chce się wychodzić. Zwłaszcza wieczorem wygląda mocno klimatycznie choć mam wrażenie, ze nie każdemu taki klimat pasować może.. Zdecydowanie polecam poszwędać się samemu po okolicy, usiąść coś zjeść, zajrzeć do pobliskiego meczetu czy choćby zobaczyć nietypowy cmentarz.

DSCF3212

Tu też mieści się dworzec autobusowy skąd można się dostać w większość miejsc w okolicy. W pobliżu też ogromne centrum handlowe przy placu Merdeka – dla wielbicieli galerii handlowych ale i także znajdujący się na samym dole supermarket i kantor wymiany walut mogą się przydać wszystkim. Korzystaliśmy dość często.


Ponadto:

Hero Hostel – samo centrum, w pobliżu całonocna jadłodajnia (wyśmienite roti, laksy, satai`e) w bardzo fajnych cenach. Hostel przyjemny, niestety pokoje bez okien i za ścianą klub nocny. Da się wytrzymać.

Top Spot – 6 piętro biurowca niedaleko Riverside Majestic – znakomite owoce morza w ilościach przekraczających najśmielsze wyobrażenia. Płaszczka znakomita 🙂

James Brooke Bistro cafe – nietypowo jak na nas bo jedzenie ani nie z kubła, ani nie przy ulicy na krawężniku. Bardzo fajna knajpka tuż przy promenadzie – można spokojnie zasiąść i spróbować choćby znakomitej Laksy w kooolosalnym rozmiarze… O winie ryżowym nie wspomnę… Nie jest drogo.

Marcin
Nie urodziłem się ani w samolocie ani też Tony Halik nie był moją rodziną. Ot po prostu kiedyś zacząłem jeździć po świecie i tak pozostało. Kiedyś z rodzicami maluchem po całym kraju, a obecnie to już bez ograniczeń.. Najchętniej jednak w Azji... Zawsze z aparatem i zawsze na styk...
Top
%d bloggers like this: