Home
Home > blog > Crocodile Sanctuary

Crocodile Sanctuary

W Puerto Princesa do wyboru mieliśmy dwie opcje – spływ łodziami rzeką w lesie namorzynowym albo sanktuarium krokodyli.

Pierwsza opcja mimo, że łatwa do zorganizowania niestety się nie udała więc postanowiliśmy zapakować się i odwiedzić tzw sanktuarium krokodyli. W zasadzie cały kompleks nazywa się Palawan Wildlife Rescue And Conservation Center i znajduje się w południowej części miasta – kilkanaście km od centrum. Docieramy tam po ponad godzinie jazdy trzęsącym się pierdziszewem (tricyklem). Samo miejsce wyglada przyjaźnie, dumnie prężący się drewniany krokodyl, miła pani w kasie, uśmiechnięty przewodnik informujacy że trzeba poczekac kilka minut aż się zbierze grupa. Spoko – siadamy w cieniu i czekamy.Na poczatku klasyka, kilka słów wstępu czyli nie drażnimy zwierzaków, nie wkładamy paluszków do pyska bo mogą zrobić bubu itp – po filipińsku i angielsku dla nas. Ogólna historia ośrodka, co, jak i dlaczego oraz opowieśc o najstarszym 60 letnim krokodylu imieniem Leon czy jakoś tak co to mu się zmarło ze strasu. A jako ze Leon małym krokodylem nie był to ściągnięto zeń skórę, poukładano szkielet i taki rozczłonkowany wita wszystkich w holu rezerwatu.

rzeczony Leon – 60 letni krokodyl co to ze stresu zszedł z tego świata

Rezerwat znajduje się w dżungli, zajmuje dość spory kawałek terenu i zasadniczo można sie po nim przemieszczać do woli bez przewodnika. Porównac można miejscami do naszych ogrodów zoologicznych z ta różnicą że jest zdecydowanie bardziej zaniedbany oraz dziki. Nie ma szerokich deptaków, są wąskie, czasem niewidoczne wśród gąszczu ścieżki, nie ma przytłaczajacej ilości klatek ze zwierzętami, jest za to przestrzeń, przyroda i spokój. Można naprawdę wypocząć i poobserwować dzikie zwierzęta. Sama część z krokodylami to jeden budynek z małymi oraz kilkanaście dużych betonowych boksów z dorosłymi osobnikami. O ile młode są zasadniczo na wyciągnięcie ręki i dla odważnych chwycenie jednego nie byłoby żadnym problemem to już dorosłe osobniki ogląda się z takiego pomostu. Leniwe to stworzenia i mocno nieruchawe więc nie zabawiamy tam długo i ruszamy dalej.

Zejście z pomostu, skręt w prawo i dżungla. Dzika, zielona gęsta, pusta – pędzimy zatem w poszukiwaniu zwierzaków. Pierwsza miejscówka ze świnią – choc w sumie pewnie to coś dziwnego było ale dla mnie wygladała jak krzyżówka świni z tapirem lub czymś podobniastym. W kolejnych miejscach również dziwne osobniki.

Ruszamy dalej i tu pojawia się lekkie zdziwienie zdziwienie – mamy tabliczkę informacyjną, opis mieszkańca, nawet zdjęcie jest – średni zwierzak z długim pyskiem, tak na oko do kolan może sięgać. Widzimy tylko wielką miskę z resztkami jedzenia, i gruby sznur na którego końcu … nie ma zwierzaka. Konsternacja i włącza się nasłuchiwanie czy coś nie chrupie za naszymi plecami.. Klatka stoi otworem, można spokojnie wejść jak i wyjść również… Ktoś tu chyba skorzystał z tej drugiej opcji.. Do końca trasy byliśmy bardziej czujni bo przecież gdzieś ten czworonóg z długim pyskiem musi się krzątać.. i oby tylko krzątać a nie grasować. Finalnie – pozostał nieodkrytą zagadką – może do tej pory gdzieś biega po dżungli i straszy małe filipińskie dzieci…

Papugi – siedzimy tam chyba z godzinę – a i tak uważam, ze zdecydowanie za krótko – ten jazgot, te kolory, te zabawy, te podgryzanie przez oczka siatki…

Te czarne też były zabawne – coś jak tukan z dodatkowym bonusem na dziobie. Strasznie we dwójkę wariowały a jak dostały coś do jedzenia to się nim dzieliły w dziobach. Niestety były tylko dwa w przeciwieństwie do kilkudziesięciu papug. W samym rezerwacie zwierząt niestety nie było za dużo więc nie jest to wyprawa na cały dzień (choć z racji odległości od centrum miasta nieco się przeciąga) i po paru godzinach można spokojnie planować powrót do domu. Jeszcze tylko przekąska – podawano specjalność rezerwatu jeśli można tak to uznać czyli sisig. A dokładniej crocodile sisig. Sama potrawa sisig jest niczym innym jak daniem z części głów wieprzowych (szczególności uszu) które najpierw są gotowane, potem dzielone na części i pieczone. Końcowy etap to najczęściej dodatnie wątróbek wieprzowych, móżdżku, cebuli, kaszy, przypraw i smażonych na mocnym ogniu. Nie mam pewności czy aby mój sisig był zrobiony zgodnie ze sztuką (czyli z głowy krokodyla) ale stwierdzam ze był znakomity.

crocodile sisig

W drogę powrotną zabieramy się jeepneyem – na nasze szczęście tricykle spod rezerwatu już nie jeździły więc przemieszczamy się kilkadziesiąt metrów dalej i po ustaleniu szczegółów ładujemy się na pokład zdezelowanego różowo – żołto – błękitno – chromowanego jeepneya czy też jeepneyo-busa. Mając na uwadze fakt iż cena za tricykl to niecałe 300 peso (20zł – 20km jazdy) tak jeepneyem wyszło nas 40 za osobę chyba (czyli 2.8zł). „Zarobione” w ten sposób środki finansowe z przyjemnością będzie można zamienić na San Miguel Light w okolicznym barze.:) Wijamy na nasz taras i przeglądamy forum lonelyplanet.com by wyszperac coś ciekawego na wieczór – w Puerto Princesa znajdują się dwie mega fantastyczne restauracje z podobno jednym z najlepszych filipińskich menu. Tego nie można opuścić – buty na nogi i ruszamy. Jedna z restauracji nazywa się Kalui (www.kaluirestaurant.com – warto zerknąć w menu – dla przypomnienia 100php = 7zł)) i tam właśnie kierujemy swe kroki. Pierwsze zaskoczenie – wystrój. Wielkie WOW – typowo filipińskie, drewniane podłogi, buty zostają w szafkach przy wejściu, czysto, fantastycznie, gustownie. Okazuje się ze wejście tylko z rezerwacją ale miły pan znajduje dla nas stolik z zastrzeżeniem ze mamy godzinkę na zjedzenie posiłku. Zostajemy. Przystaweczka w postaci zupy, po chwili dania główne (sisig z owoców morza i owoce morza z czymś). Na koniec deser, świeże owoce podane w  świeżym kokosie z czekoladą. Niebo w gębie. Za dwie osoby wychodzi ok 40zł z szejkami ze swieżych owoców. Robimy rezerwację na dzien następny i obiecujemy sobie że przed wylotem do Manili musimy tam wrócić.

www.kaluirestaurant.com

Apropo Kalui – polecam stronę www.

 

P.S.

A po powrocie i krótkim odpoczynku skorzystałem z naszej przyhotelowej szwajcarskiej cukierni i zakupiłem ciasteczko choć Ewa mówi ze to był tort.

 

 

 

 

 

 

Marcin
Nie urodziłem się ani w samolocie ani też Tony Halik nie był moją rodziną. Ot po prostu kiedyś zacząłem jeździć po świecie i tak pozostało. Kiedyś z rodzicami maluchem po całym kraju, a obecnie to już bez ograniczeń.. Najchętniej jednak w Azji... Zawsze z aparatem i zawsze na styk...

skomentuj

Top
%d bloggers like this: