kierunek Filipiny ..

0
4
views

„You shall not pass” – zaryczał niczym Gandalf kurpulentny pan w uniformie gate’u nr 50 pekińskiego lotniska. Zaryczał oczywiscie po chińsku bo i po co znać angielski gdy się pracuje na lotnisku..Gdyby nie miła, pomocna chinka operująca trochę w jezyku Tolkiena to byśmy z Gandalfem machali na siebie rękoma pewnie do teraz. Konsersacja zapewne najwyższych lotów:
– You shall not pass, wait here.
 – where?
 – there
 – oh, and how long?
 – very long, 5 hrs

Na szczęscie okazało sie że jestesmy za wcześnie i musimy zaczekać. Wiec czekamy. Czekamy w zasadzie na wszystko od piątku… a powoli zmęczenie już dopada. Zaczęliśmy z tzw. grubej rury i tak się to kontynuuje. Piątkowa noc uplynęła bardzo szybko w towarzystwie Marty i Marcina w Warszawie. Rozmowy, domowe jedzonko i nie wiadomo kiedy zrobił się świt i wypadało się zwijać na lotnisko. Sprawdzamy wszystko, dopinamy bagaże i już na pełnym relaksiku i po odprawach czekamy na lot.  Bez ekcsesów, krótko i bezboleśnie – prawie w całości przespany. Na lotnisku w ramach śniadania spożywamy kulturalne piwko w knajpie koło kasyna i kierujemy się w stronę całkiem sporej grupy skośnookich współtowarzyszy 9 godzinnego lotu do Pekinu. Widok samolotu trochę nas zszokowal, taki śmieszny Airbus A330 (china southern) z poklejonym dziubkiem, drzwiami i ogolnie jakiś taki niedomalowany. Idąc rękawem chichramy się że pewnie samolot „made in china” i sie rozpadnie po starcie co sugeruje pokiereszowany wygląd kadłuba. Samolot sie nie rozpadł, ale za to minęliśmy torbę  i wózek dziecięcy który się rozleciał w trakcie jazdy. Ciekawe czy „made in china” ? O dziwo właściciela tychże w miarę szybko się pozbierali, posklejali pakunki i po chwili gramolili się już w samolocie. Start o 13.30, a już po chwili wjeżdza garmażerka (kurczak, ryż, sałatka, jablko, napoje) i ku naszemu zaskoczeniu okolo 16 china southern ogłasza noc gasząc wszystkie światła. No ale jak to ? Zupenie zaskoczeni stwierdzany „niech bedzie” – byliśmy mocno zmęczeni wiec oglądamy filmik i można pokimać. O dziwo linie lotnicze zapewniają dostęp do całkiem świeżych filmów z Gravity włącznie. Miło 🙂 Ale zrywania mnie na sniadanie o 2 w nocy i potem na obiad o 4.30 (czasu juz chińskiego) rano już tak latwo nie da rady zdzierżyć… Się tu przez nich człowiek zupelenie rozreguluje. Lądujemy w Pekinie o 6.30 rano czasu chińskiego. Robimy maraton przez wszystkie terminale świata, przechodzimy przez odprawy, karteczki, druki inne potrzebne tylko chińczykom kwitki i możemy zacząć rozglądać się za śniadaniem, czy w sumie kolacją, bo obiad był w samolocie. Sami już nie wiemy jak te zmiany czasu poogarniać… Znajdujemy uroczą knajpkę z malutką chinka która po angielsku zna tylko hello. Z menu obrazkowego wybieramy te co bardziej kolorowe posilki. Ewuś dostaje zupke z jaśminem i dynią, oraz takie śmieszne kulki co mialy byc z farszem ale go zabraklo. Do tego chińskie piwko. Ja dostaje wołowinke z czyms zielonym i chilli. Zamiast zupki podano jakąś wodnisto liściastą mixturę. Patrzę na zegarek – jest 8.25, Ewka na swoj i 1.25 w nocy. To w końcu zjedliśmy późną kolację czy wczesne sniadanie. kto to wie… Welcome in China…

Poprzedni artykułsię nam rok kończy
Następny artykułSpanky – local star, Intramuros

Nie urodziłem się ani w samolocie ani też Tony Halik nie był moją rodziną. Ot po prostu kiedyś zacząłem jeździć po świecie i tak pozostało. Kiedyś z rodzicami maluchem po całym kraju, a obecnie to już bez ograniczeń.. Najchętniej jednak w Azji… Zawsze z aparatem i zawsze na styk…

UDOSTĘPNIJ

skomentuj