w delcie Mekongu

14
359
views

Delta Mekongu – paradoksalnie temat rzeka. Jak to ugryźć by być zadowolonym i nie władować się na minę jakich czeka wiele na średnio przygotowanych turystów ? Złotego środka nie ma, ale jest kilka sposobów by zrobić to w trybie tzw. off the beaten track i zobaczyć wszystko po swojemu.

Opcji na wycieczkę w deltę jest mnóstwo. Zarówno z HCMC (Saigonu) jak i okolicznych miejscowości. Można wybierać pośród opcji jednodniowych i kilkudniowych w różnym zakresie cenowym. Te najprostsze jednodniowe z HCMC startują rano z miasta, docierają na miejsce gdzie umieszcza się turystów w łodzi i płynie w krótki rejs. Po drodze zatrzymujemy się na różnego rodzaju fermach pszczół (sprzedaż miodu), fabrykach cukierków kokosowych, miejscówkach na jedzenie itp. Powrót do miasta wieczorem. Głównie czas spędzamy w busie. Wydostanie się w godzinach porannych z ponad 10 milionowej metropolii jednak trochę czasu zajmuje. Opcje kilkudniowe oferują nocleg np w tzw. homestay – siedzimy zatem na wyspie u rodziny współpracującej z agencja turystyczną, możemy podglądać ich codzienne życie i relaksować się nad wodą. Może się zdarzyć, że to prawdziwe życie rodziny to bardziej taki truman show, no ale zawsze możemy przecież skupić się na oglądaniu zachodu słońca. Ceny takich tripów zróżnicowane – zasadniczo na każdą kieszeń. Gdyby komuś się zamarzyło, aby podczas rejsu przewodnikiem był nasz krajan to też nie ma kłopotu – wielu polaków mieszka w HCMC i część z nich prowadzi firmy organizujące takie wycieczki. Można też sobie taką skroić pod siebie, odpowiednio uszczuplając grubość swojego portfela. Niestety nie sprawdzałem dokładnie ofert, więc nie będę podawał konkretnych cen za takie usługi – od kilkunastu dolarów generalnie. Informacji mnóstwo w internecie a na miejscu zostaniecie nimi przytłoczeni. Nie ma obaw, że ktoś się w temacie nie odnajdzie.

Niewielka wyspę An Binh znalazłem planując jeszcze wyjazd przy pomocy google maps. Pomyślałem, że będzie znakomitym miejscem by kilka dni w samej delcie spędzić i spróbować zwiedzić ją z wysokości rowerowego siodła, skutera czy łodzi. Wyspa w centrum delty, nieco oddalona od głównych szlaków, którymi podąża tłum turystów z całego świata miała mi zapewnić komfort, niższe ceny i możliwość obserwacji normalnego życia mieszkańców. I tak co najmniej kilka dni, bo potem przenosiny do większego miasta Can Tho na spotkanie ze znajomymi, skąd potem miałem samolot do Hanoi.

Wysepka jest niesamowita, zupełnie płaska, poprzecinana kanałami i nie ma na niej zupełnie nic. Nie funkcjonuje żaden hotel nie wliczając opcji zaledwie kilku rodzinnych homestay, w których się zatrzymałem. Wyspę możemy zwiedzać zarówno pieszo, rowerem czy skuterem. Są też możliwości wynajęcia łodzi i zorganizowania sobie wycieczki kanałami po najbliższej okolicy. Oczywiście standardowa oferta zawiera w sobie odwiedziny w fermach pszczół czy innych atrakcjach które można znaleźć w rejonie, ale można też ją sobie skroić zupełnie pod siebie i pozostawić tylko wielegodzinny rejs łodzią i podziwianie okolicy. Najbliższy tzw pływający market (floating market) znajduje się w miejscowości Cai Be. Nie jest to największy market ani nawet duży. Prawdę mówiąc jest mega znikomy i wpadliśmy tylko na śniadanko na jedną z łodzi by posilić się zupą i zabrać trochę bananów i kokosów na drogę. Okolice Vinh Long są bardzo spokojne, życie na rzece i kanałach toczy się bardzo leniwie, rzadko można spotkać duże jednostki pływające.

Głównie to jednak małe pojedyncze łodzie ludzi załatwiających swoje codzienne sprawunki. Nie odnotowano tłumu turystów zarówno na tych dużych jak i małych kanałach, na których transport odbywa się tradycyjnie za pomocą wioseł. Idealny spokój i cisza. Sama wyspa jest niewielka i totalnie płaska – więc nawet cykliści się zbytnio nie zmęczą. Ja skorzystałem z opcji skuterowej i kilka dni jeździłem po okolicy docierając w najbardziej odludne miejsca by spokojnie móc podglądać codziennie życie mieszkańców. Im dalej tym taniej i komunikacyjnie trudniej. komunikacyjnie czyli zarówno jeśli chodzi o drogi – czasem piaszczyste o szerokości skutera, czasem zupełnie zabłocone i nieprzejezdne, jak i w kontaktach z ludźmi. Gdy zamówiłem zupę perfidnie wskazując palcem w garnku, otrzymywałem z wielkim uśmiechem ogromnego placka z mnóstwem świeżo ciętych ziół. Notabene, metodę spożywania tegoż poznałem dopiero kilka dni później. Praktyka jest taka, że z liści anyżu i innych przypraw robi się w dłoni taką łódeczkę, do tego wkłada kawałki placka, krewetek, zawija i zjada. Nawet nie opiszę jaką metodą jadłem pierwszego placka, bo aż wstyd 🙂 Ale nawet na takim krańcu świata gdzie nie ma nic i praktycznie nikogo, hasło do wi-fi pani pokazała mi napisane długopisem na własnej dłoni. I miałem całą sieć dla siebie 🙂 A mąż właścicielki z uporem maniaka dolewał mi znienawidzonej przeze mnie jaśminowej herbaty i podziwiał moje foto klamoty. Gdyby jeszcze było co podziwiać… 🙂

Okolica bardzo fajna, ludzie strasznie przyjaźni i pomocni – nawet gdy bardzo mocno pobłądziłem to nie było problemu z uzyskaniem pomocy – tak jak kto potrafił.. 🙂

Nieco inaczej wyglądają już rejs w dużej turystycznej miejscowości Can Tho. Zdecydowanie więcej turystów, fajna promenada, duży bazar i mnóstwo ludzi. Zatem możliwości też znacznie większe. Mimo, że udało nam się wynegocjować tzw prywatny rejs w opcji takiej jaka chcemy, to nie udało się uniknąć towarzystwa turystów i klasycznych szlaków wodnych. Cena za wycieczki w popularnej miejscowości… Zdecydowaną większość czasu spędziliśmy na wodzie omijając wszelkiej maści fermy pszczół czy fabryki cukierków, ale i tak finalnie trafiliśmy również do jednej tzw. jadłodajni przy wąskim kanale. Chyba ciężko zrobić to tak w 100% po swojemu. Prawie 7 godzinny rejs dał też mocno popalić – w 3 osoby na niewielkiej łódce z upierdliwie warczącym silnikiem – trzeba się na to nastawić, bo zdecydowanie hałas potrafi zmęczyć. Pływający market zdecydowanie większy niż w Cai Be, spora ilośc łódek z towarem, kawa, owoce, zupy – wszystko na wyciagnięcie ręki. Jeśli do tego dodać niesamowity wschód słońca to mamy wycieczkę naprawdę wysokich lotów. Przede wszystkim fotograficznie można sobie poużywać, jeśli ktoś lubi. Szeroki wybór różnych towarów i o dziwo w niezbyt wygórowanych cenach. Mając na uwadze, że byliśmy dość mocno zmęczeni poprzednim dniem i relatywnie krótkim snem (niecałe 3h) to kawa po wietnamsku z łódeczki i świeże owoce uratowały życie i dodały energii.

Kwestie techniczne oraz organizacja pobytu.

Jak już wspomniałem możliwości jest sporo. Ja wybrałem opcje kilkudniowego pobytu w delcie, by na spokojnie sobie wszystko pozwiedzać i pojeździć po okolicy.

W HCMC można skorzystać z dworca autobusowego Mien Tay (mapa). Dojazd z centrum autobusem 139 w cenie 5000 vnd. Lokalny autobus do Vinh Long kosztuje 65 000 vnd. Trzeba się nastawić, że autobus zatrzymuje się co chwile i wszystko trwa godzinami. Ja jechałem z workami kukurydzy, butlami gazowymi z plecakiem pomiędzy nogami – a jeszcze z racji posiadania najdłuższych rąk w busie byłem głównym pomagierem w operacjach wciągania i wyciągania tychże towarów przez tylne okno. Autobus jedzie przez Vinh Long, przystanek na którym wysiadłem był nieco oddalony od centrum więc zachodzi konieczność dostania się na przystań. Z mapy wyszło mi 30 minut piechotą – ale z plecakiem i w tych temperaturach okazało się to nie lada wyzwaniem więc skorzystałem z tzw skuter taxi (30 000 vnd) Nie znałem żadnego miejsca noclegowego na wyspie i jechałem w zasadzie na ślepo, ale na przystani zaczepił mnie człowiek i pytał czy jadę do niego i czy mam rezerwację. Oczywiście nic nie miałem, ale okazało się że to właściciel tzw homestay na wyspie i w parę minut dogadaliśmy wszystkie sprawy i nocleg już był załatwiony. Człowiek wraz z rodzina prowadzą na wyspie dwa takie przybytki i świadczą usługi zakwaterowania wraz z pełnym wyżywieniem. Wszystko w cenie 12 amerykańskich dolarów (link) Oprócz tego wyposażony bar, sklepiki dookoła, darmowe rowery, możliwość skorzystania ze skuterów oraz pomoc w organizowaniu sobie atrakcji, transportu itp itd.

Jego łodzią właśnie uskuteczniliśmy nasz rejs w cenie 200 000 vnd od osoby (byliśmy we trójkę). Wypożyczenie skuterka na cały dzień to koszt około 100 000 vnd plus paliwo. Po kilku dniach rozjeżdżania okolicy musiałem przetransportować się do Can Tho skąd miałem lot do Hanoi. Z wyspy An Binh gdzie mieszkałem prom do Vinh Long kosztuje 1 000 vnd i płynie 5 minut. Dworzec autobusowy jest przy przystani więc nie ma żadnego problemu z lokalizacją. Autobus lokalny do Can Tho kosztuje 18 000 vnd bilet i 18 000 vnd plecak (choć podejrzewam, że tu z plecakiem zostałem zrobiony w jajo, bo żaden wietnamczyk nie płacił). W Can Tho organizacja tripów zajmuje się chyba każdy – przynajmniej na promenadzie często można być zaczepianym przez różnej maści organizatorów mniej lub bardziej szemranych. My skorzystaliśmy z ulicznej oferty ale nieco oddalonej od promenady – pani naganiała turystów, brat operował łodzią. Na nasze nieszczęście z rodzeństwa tylko pani posługiwała się angielskim… Wszystko dogadane tak jak chcieliśmy i za 800 000 vnd na 3 osoby mieliśmy prywatna łódkę z trasą taką jak ustaliliśmy. Przy rezerwacji w nocy zostało zapłacone 300 000 vnd, sprawdzony numer telefonu pani i reszta dopłacona juz na łodzi. Start 5 rano, łódź pod hotelem – powrót około 13.00. Nie wiem sam czy bym więcej wytrzymał, bo silnik łodzi warczał mi jeszcze w głowie dwa dni później w Hanoi.

To wszystko dla tych którzy chcą się umęczyć szukając tego wszystkiego. Wygodnie można skorzystać z gotowych rozwiązań i też będzie super. Polecam: https://www.itaka.pl/nasze-kierunki/ https://www.itaka.pl/egzotyka/

Please follow and like us:
Poprzedni artykuło Azorach bez szczegółów ..
Następny artykułpapierosy dla Mentawajów rzecz święta
Nie urodziłem się ani w samolocie ani też Tony Halik nie był moją rodziną. Ot po prostu kiedyś zacząłem jeździć po świecie i tak pozostało. Kiedyś z rodzicami maluchem po całym kraju, a obecnie to już bez ograniczeń.. Najchętniej jednak w Azji... Zawsze z aparatem i zawsze na styk...

14 KOMENTARZE

  1. Extra foty! Podoba mi się plan, być może skorzystam. Fajnie, jakbyś podał jaką trasę zrobiłeś na wodzie. Dokąd warto płynąć z Can Tho? Tra Su?

  2. Nas Delta Mekongu nie zachwyciła, może głównie dlatego, że byliśmy tam wycieczką zorganizowaną. Ale z Twojego posta wynika, że praktycznie na to samo trafimy i na własną rękę. Z całego pobytu tam najmilej wspominamy homestay, ale to też zależy na jaką rodzinę trafimy – nam się przyszczęściło 😉

    • Niekoniecznie. Robiąc deltę mekongu na tzw własną rękę można z programu co nie co wyciąc lub opuścić. Oczywiście 100% skrojenie tego pod siebie wiąże się z kosztami, ale nawet robiąc budżetowo można coś uciąc. Na pewno nie wszystko, ale choć kawałek da się zmienić 🙂 Oni są święcie przekonani że my uwielbiamy tą całą ich cepelię, te fabryki cukiereczków itp bzdety i z oporami godzą się na to by to omijać. Ale jak się człowiek uprze to ominą… Ale niechętnie 🙂 W zorganizowanej już się nie da.

  3. Spora ilość przydatnych informacji. Laos, Kambodża czy też Wietnam jeszcze przed nami. Jakoś ciągle lądujemy gdzieś indziej. Mogłabym napisać, że piękne zdjęcia, że fajny klimat, że zachwycające. Ale tak szczerze… na Twoich zdjęciach Mekong jest prawdziwy, czyli brudny i mało atrakcyjny. Nawet wydaje mi się, że czuje jak śmierdzi tymi spalinami i hałasuje warkotem silnika. Kiedyś sama ocenię.

    • Dzieki za odwiedzinki. Bo ja to tak na przekór i nie lubie koloryzowac i upiększać. Jeśli było brudno to na zdjęciach musi być brudno. I ogólnie w nieturystycznych miejscach mi lepiej, więc z brudem jestem mocno zaznajomiony 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here