Jeść czy nie, czyli jedzenie i kulinarne wyzwania.

0
4
views

Nieodzownym elementem każdego wyjazdu jest posiłek. Przez jednych, traktowany jako po-SILENIE ciała, przez innych, w tym Nas, jako nowe doświadczenie, które pozwoli poznać kraj, a przy okazji da siłę na kolejne wycieczki.

Za każdym razem, jak jedziemy w inny zakątek Azji, pytają mnie czy jadłam ( bądź mam zamiar) jeść COŚ. W tym COŚiu, często kryją się rzeczy, o których w danym kraju nawet nie słyszeli, lub słyszeli ale tylko w kilku miejscach. Z reguły, dla przekory i przez wrodzoną zuchwałość, odpowiadam twierdząco, a czasem nawet nadmieniam, iż zjem owo COŚ i popije jeszcze dziwniejszym płynnym COŚiem. Prawda jest taka, że będąc w innym kraju, warto a nawet trzeba, spróbować nowych smaków. Każdy ma inne przyzwyczajenia i inne możliwości. Na szczęście dla nas, żadne nie cierpi na przypadłość, bądź chorobę, która gastronomiczne by nas ograniczała. Dzięki naszemu zdrowiu, jak i nieco szalonemu podejściu do tego aspektu podróżowania, mamy na swoim koncie m.in. muszle, larwy, jelita i krokodyle. Za swój osobisty sukces uważam przekonanie Marcina do owoców morza. Początkowy twierdził, że to robaki, a tego jeść nie będzie. Obecnie je robaki, a za owoce morza da się pokroić. Nie należę do obżartuchów. Jedzenie to dla mnie paliwo, a niekoniecznie przyjemność sama w sobie. Tak jest w Domu.

Czasem robaczka trzeba też zjeść - tu larwy jedwabnika z przyprawami spryskane sosem sojowym :)
Czasem robaczka trzeba też zjeść – tu larwy jedwabnika z przyprawami spryskane sosem sojowym 🙂
przekąska w postaci szuszonych na słońcu rybek.
przekąska w postaci szuszonych na słońcu rybek.

Po przekroczeniu granicy, dzieje się ze mną coś dziwnego. Z gastro-tyfusika, robię się wykrywaczem najbardziej odjechanych potraw.  WAŻNE: Jedyne na co zawsze zwracamy uwagę to woda – musi być „markowa” tj. butelkowana i fabrycznie zakorkowana – tu nie ma żartów. Najbardziej rozbawiło mnie zdziwienie Filipińczyka, gdy zamawiałam w przydrożnym baro-grillu grillowane kurze jelita: „ You know what is it?”. Nie dziwię się zdziwieniu, z racji bycia białą, co bywa odczytywane jako „jem tylko burgera i frytki”.  Tyle że w Polsce też jemy podroby, a każdy zna takie danie jak  flaczki…

Nasza generalna zasada, jest prosta: jedz jak lokalsi. Bywanie w restauracjach ze sztućcami i serwetkami, najprawdopodobniej poskutkuje u Was, w najlepszym razie rozstrojem żołądka. Najlepsze, najpyszniejsze i najzdrowsze jedzenie, znajdziecie w przydrożnych barach, gdzie tłumnie gromadzą się lokalni mieszkańcy, a Pani robi wszystko „na poczekaniu” . W takich miejsach, niezależnie co zamówisz, licz się z tym, że i tak dostaniesz to co akurat wygotuje Pani Gotująca. Jedzmy takie posiłki, jakie dają w miejscu gdzie jesteście. Zaprawdę powiadam wam, tak nieziemsko pyszną harirę, jaką jadłam w Marakeszu w knajpie bez nazwy, ze stolikami okrytymi klejącą się od tłuszczu ceratą, nie było mi dane zjeść nigdzie indziej. A robaki to inna historia…

E. 

1 KOMENTARZ

  1. Nie wiem czy odważyłabym się zjeść robaka… Chyba jednak nie 🙂 Teraz chciałam iść na festiwal Fest Asia (25 i 26 kwietnia, Warszawa) zdobyć kilka przypraw i jakieś kuchenne inspiracje, ale na robale nigdy się nie odważę 🙂 Chociaż „nigdy nie mów nigdy” 🙂

    • podejrzewam że obawy przed jedzeniem larw/szarańczy/karaluchów tkwia jedynie w głowie i to blokada stricte psychiczna. Smakują znakomicie i można jeść jak mocno smażone, świetnie przyprawione czipsy. A przyprawy to zdecydowanie warto brać – tylko takie których się uzyje. Ja niestety z rozpędu zakupiłem trochę cudactw które leżą w szufladzie – nie wiadomo czym są i jak tego użyć 🙂

skomentuj