Home
Home > blog > Phong Nha, społeczność A-rem

Phong Nha, społeczność A-rem

„Nie jedź tam, nie ma ludzi i jeśli problem to brak pomocy” – tak łamaną angielszczyzną właścicielka miejsca gdzie nocowałem zareagowała na moje plany, które jej przedstawiłem. Zakładam jednak, że bardziej obawiała się o motor który od niej wypożyczyłem niż o mnie. Jej małżonek natomiast do planu podszedł bardziej entuzjastycznie i zalecił zabrać zapas benzyny i zdecydowanie ruszać przed siebie. „Tam nikt nie jeździ, śmiało !” powiedział. Czy potrzebna dodatkowa rekomendacja ? Męska solidarność zdecydowanie wygrała.

Niewielka społeczność A-rem do której zmierzałem zamieszkuje rejony przygraniczne, głęboko w dżungli i od lat żyją w kompletnym odosobnieniu. Nie mają potrzeby pojawiać się w mieście i wybierają życie w lesie. Sami, bez niczyjej pomocy. Są częścią większej etnicznej grupy Chut. Żyją oni w niewielkich, odizolowanych społecznościach zarówno w Laosie jak i w Wietnamie – głównie w rejonach przygranicznych. Zarówno Chut jak i A-remowie posługują się odmiennymi dialektami, co nastręcza niemałych trudności w porozumiewaniu się czy choćby wsparciu tłumacza. Zaledwie niewielka część społeczności jest piśmienna, nie wszyscy też nawet potrafią się podpisać. Ruszam więc z nadzieją, że uśmiech i rozmowa na migi przełamie pierwsze lody, a dodatkową zachętą było kilka filmików promujących Polskę które zamierzałem na telefonie im zaprezentować. A-remowie uwielbiają video – szczególnie młodsza część wioski. Potrafią godzinami oglądać te same filmiki czy słuchać wciąż tej samej muzyki którą mają w telefonach. Zmiana następuje gdy przyjedzie ktoś z miasta i wgra nowe rzeczy. Łączność jest bardzo kiepska, zadzwonić praktycznie jest bardzo ciężko, więc pozostaje cieszyć się tym co jest. Mój telefon na zapytanie o zasięg nawet nie drgnął.

Dinh Khin

Dinh Khin wydawał się być najstarszym w wiosce i cieszył się również największym poważaniem. Małżonka, własny sklepik, całkiem spory dom i czarny kogut którego chciał wymienić za moją bluzę. Więc i szacunek społeczności w pełni uzasadniony. Jako jedyny w wiosce praktykował zwyczaj solidnego wyściskania przyjezdnego i subtelnego, acz dającego się wyczuć obwąchania… Inny zaledwie wyściskali… Więc na pewno był szefem wioski 🙂 Po chwili siedzieliśmy na schodach przed domem, sączyliśmy ciepłe piwo i czułem się jakbym odwiedził nigdy nie poznanego wujka. Debatowaliśmy na temat żon, dzieci i naszego ciężkiego życia jedynie przy pomocy dłoni, serdecznego poklepywania się po plecach i gromkich wybuchów śmiechu.. Wkrótce jednak pojawił się pan doktor i Dinh asystował przy zabiegu na małej śwince. Z jutowego worka wyciągnięto pacjentkę i ułożono na drodze. Nie wiem czy to był zabieg sterylizacji czy inny, ale żyletką rozcięto brzuch i usunięto trochę wnętrzności. Zostało to zasypane popiołem, odmówiono zapewne coś na kształt magicznego zaklęcia i świnka została zaszyta. Nie trwało to dłużej niż 5 minut i po chwili zwierzątko wesoło biegało po okolicy przeraźliwie chrumkając, a wszyscy się cieszyli z udanego zabiegu.

Dinh wskazał na doktora, potem ręką otoczył całą wioskę i stwierdził, ze wszyscy są zdrowi i mocni właśnie dzięki jest „naprawczym” umiejętnościom. Spojrzałem na świnkę, na zdrowych i krzepkich chłopaków – co jak co, ale sprawa nie do podważenia 🙂 Tym bardziej, że po chwili do zapalenia został puszczony solidnych rozmiarów skręt za tzw. zdrowie pacjentki – już teraz wiem skąd to końskie zdrowie mieszkańców.

A-remowie muszą być samowystarczalni. W okolicy jedynie kilka ludzkich skupisk po kilka domostw w każdym. Poza tym nikogo.  Żyją z dala od innych dużych wiosek i są skazani na siebie. Do lat 60-tych zeszłego stulecia byli. W 1959 roku zostali odnalezieni i rząd wietnamski postanowił ich wesprzeć budując prostą wioskę w środku dżungli. Przeprowadzka szła opornie. Starszyzna za nic nie chciała opuścić jaskiń i często do nich wracała. Młodsza część skuszona nowinkami cywilizacyjnymi o wiele łatwiej zaaklimatyzowała się w nowych okolicznościach. Powstała droga, proste domy a i nawet szkoła. Życie wciąż było proste i mocno podstawowe, ale już ze smartfonem w dłoni. Co prawda telefonem niezdolnym do pełnego wykorzystania, ale A-remowie nie mają z tym problemu. Potrafią ciężko pracować, budują kolejne domostwa i doglądają drzew w dżungli. Warunki klimatyczne, ukształtowanie terenu, niedostępność oraz szalejące sezonowe powodzie powodują, że z jednej strony to społeczność trudno dostępna a z drugiej skazana na siebie, musząca sobie radzić w trudnych warunkach i ciężkich czasach.

Wydeptując ścieżki w dżungli odnaleźli wymyte podczas powodzi ogromne ilości wyjątkowo kosztownego drzewa. Drewno zostało sprzedane za sporą sumę pieniędzy, które przeznaczono na zakup m.in skuterów dla całej wioski. Nie ma właścicieli, to wspólne dobro. Jeżdżą dopóki działają. W razie awarii nikt nie wie jak je naprawić. Mimo tego, że to jazda głównie po wiosce i wokoło to jest to mega frajda zarówno dla tych jeżdżących jak i dzieciaków które chętnie dosiadają motorów i pozują do zdjęć. Największe wrażenie zrobił mój kask z przyklejoną kamerką sportową – obejrzeliśmy wspólnie filmik z trasy i byli zachwyceni. Zresztą filmy video strasznie lubią i wszyscy z przejęciem oglądali filmiki w moim telefonie promujące Polskę. Ujęcia Tatr, Mazur z drona, pokazy projekcji multimedialnych czy mappingu zachwyciły nawet na 5″ ekranie telefonu. Dla wielu dzieci to była główna atrakcja mojej wizyty, bo codzienne zabawy to jednak nie telefon, a stare koło rowerowe czy drewniane patyki. Choć tego dnia to również była taka ilość cukierków jaka się tylko zmieściła w schowku mojego skutera. Mam jedynie nadzieję, że propozycja Dinh Khina bym został na noc w jego domu, nie była formą podziękowania za podarki a jedynie najczystszą formą serdeczności i serdeczności jaką od nich otrzymałem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A o tym jak dostać się w te okolice wspomniałem w poprzednim praktycznym wpisie zajrzyj tu

A jak zawsze wycieczki do Wietnamu w najróżniejszych konfiguracjach proponuje Itaka kierunki

WIETNAM GALERIA ZDJĘĆ

Marcin
Nie urodziłem się ani w samolocie ani też Tony Halik nie był moją rodziną. Ot po prostu kiedyś zacząłem jeździć po świecie i tak pozostało. Kiedyś z rodzicami maluchem po całym kraju, a obecnie to już bez ograniczeń.. Najchętniej jednak w Azji... Zawsze z aparatem i zawsze na styk...

skomentuj

Top
%d bloggers like this: