Tarsiery z Bohol

0
6
views

Żegnamy Manilę wczesnym świtem. Przyzwyczajeni do europejskiej organizacji przelotów/odpraw/punktualności spodziewamy się że wszystko pójdzie bezproblemowo i o czasie wylądujemy tam gdzie chcemy… Nie, nie..tak łatwo to nie jest. Zasadniczo wszędzie obsuwy mniejsze lub większe. A szczytem jest to że w zasadzie o godzinie wylotu wzywali jeszcze do odprawy… Finalnie startujemy z kilkudziesięciominutowm poślizgiem a lądujemy z ciut dłuższym bo na lotnisku docelowym był już jeden samolot i nasz by się nie zmieścił.. No cóż, nie zawsze się ląduje na Heathrow. Przewoźnik Air Asia jest zasadniczo takim azjatyckim Ryanairem ale ze zdecydowanie lepszą obsługą. Miałem wrażenie że odstępy między rzędami foteli są większe co od razu się przekłąda na komfort. Nie ma też problemów z jakimś nadbagażem, dodrukowaniem kart pokładowych czy dokupieniem taniego jedzenia na pokładzie. Zdecydowanie lepiej to wszystko pomyślane.
DSCF2763

DSCF2768

tuż przed naszym domkiem
tuż przed naszym domkiem

Tradycyjnie przed terminalem hałas przeokrutny i mnóstwo taxiarzy i tricyklarzy. Bierzemy pierwszego lepszego, rzucamy nazwę hotelu i jedziemy. Oczywiście gość wie gdzie jest hotel, bywał wielokrotnie i to dobry wybór. Hotelu szukamy jakąś godzinę i na miejscu okazuje się że nie bardzo, znaczy się trasa do plazy jest i podobno w minutę da się dojść przez dżunglę. Ale pokoje to w zasadzie jakieś średnie nory i cena kosmiczna. Ruszamy zatem dalej i ladujemy na głównej plaży. Jest zdecydowanie lepiej ale i ceny ambitniejsze, niestety. Jednakowoż zależało nam strasznie na relaksie z widokiem na morze więc musimy znaleść coś co dogodzi nam w każdej kwestii. Ewka zostaje w jednym hotelu a ja biegam i szukam czegoś sensownego. Po negocjacjach za 1300PHP udaje się znaleźc miły pokój 20m od plaży. Przed hotelem taki trawiasty placyk więc nazywamy to wszystko hobbitonem… Jest OK. Rzut plecakami, szybka przebierka i lądujemy w oceanie. Woda ma jakieś 25 stopni, piaseczek cudny, zostajemy tam. Ogólny plan na wyspę jest ambitny, na pewno island hopping, wizyta w sanktuarium tarsierów, czekoladowe wzgórza, plażowanie i zwiedzanie wyspy. Zaczynamy od błogiego odpoczynku.Już na samym poczatku wydurniając się w wodzie słyszymy znajome „cześć”.. No i proszę, Robert, student z Chin. Też przyjechał na wakacje bo na północy Chin, gdzie studiuje jest obecnie -30 stopni i nie jest to temperatura dobra do życia. Okazało się ze mieszka w tym hotelu do którego i my planowaliśmy się dostać jako pierwszego. Ogólnie nie narzeka ale szału też nie ma. Więc w sumie jesteśmy zadowoleni z naszej miejscówki. Plażujemy i odpoczywamy do wieczora. Potem szybki spacer do tzw „miasta” – jedna ulica z kilkoma sklepikami i kubłowym żarciem. Trafiamy na świeże kalmary – dziecię w okienku stwierdziło ze może nam go zgrillować więc bierzemy. Przepyszny nadziewany melonem kalmar w spelunce z filipińskimi dziećmi oglądającymi bajki na wielkim zabytkowym TV. Piękne zakończenie wieczoru. Nocy natomiast nie, bo pęka jeszcze butelka rumu i parę piwek na plaży 🙂

DSCF2803-2

ulubiona knajpka
ulubiona knajpka
plaża Alona
plaża Alona
Poprzedni artykułrejs
Następny artykułSanktuarium tarsierów

Nie urodziłem się ani w samolocie ani też Tony Halik nie był moją rodziną. Ot po prostu kiedyś zacząłem jeździć po świecie i tak pozostało. Kiedyś z rodzicami maluchem po całym kraju, a obecnie to już bez ograniczeń.. Najchętniej jednak w Azji… Zawsze z aparatem i zawsze na styk…

UDOSTĘPNIJ

skomentuj