Home
Home > okołopodróżniczo > Wakacje – koniec i początek?

Wakacje – koniec i początek?

I oto nastał wrzesień. Dla większości z nas kończy się czas urlopów, wakacyjnych wyjazdów, podróży i przygód.

Jak z rękawa sypią się masowe powroty do domów i prozy życia codziennego. Wakacjują się jedynie ostatnie niedobitki. Panie z przestrachem w oczach oglądają swoje jeszcze opalone ciała w nadziei, że ich intensywne starania  kosmetyczne pomogą  utrzymać z jakże wielkim trudem wypracowaną na wakacjach  opaleniznę. Na korytarzach słychać wesołe opowieści o kąpielach w morzu, dmuchanych orkach, czy sławnych już nadmorskich parawanach.

A my, ja z Marcinem, siedzimy bladzi, zaklikani w tabelach, zestawieniach i raportach słuchając ( lub nie) bez specjalnej ekscytacji, kolejnych mrożących krew w żyłach opowieści o rdzy na kranach w hotelach Hurghady,  czy marnej jajecznicy w restauracjach Riwiery Tureckiej.  Cisi, nie uczestniczący w dysputach o plażowaniu i kurortach przełykamy ślinę i zaczynamy nerwowo obgryzać ołówki, gdyż dla nas to okres … ogórkowy. Jak to zwykle z nami bywa, nasz  urlop zawsze planujemy na zimę, kiedy to w naszej ulubionej Azji pogoda rozpieszcza, a klimat wprowadza w stan wszelkiej błogości. Jakby nie patrzeć, do naszych podróży jeszcze z pół roku… Not good.

By nam jednak tak zupełnie źle nie było, od już paru lat mamy zwyczaj oprócz wakacji przez duże „W”, wyskoczyć na mini-turnus. Zwyczajowo to około 4-5 dni, przypadające na III kwartał. W reszłym roku, porzuciliśmy zwiedzanie grobów i pasjonujące zajęcie zapalania świeczek, na rzecz Portugali. Wspomnienia  tych, których już z nami nie ma, towarzyszą nam cały czas. Cmentarna atmosfera dnia Wszystkich Świętych jakoś nie służy kontemplacji, nie mówiąc o bieganinie i sporach rodzinnych pt. do kogo jedziemy w pierwszej kolejności, gdzie potem, dlaczego w takiej konfiguracji a nie innej. Dwa lata temu, pod pretekstem moich urodzin  wylądowaliśmy na Malcie, gdzie spędziliśmy mega relaksujące kilka dni. W tym roku też czuliśmy w kościach, że bez wyskoczenia gdzieś w Europę się nie obejdzie.  Jakoś tak wyszło ( nie wiem dlaczego, ale gro naszych podróży zaczyna się od „jakoś tak wyszło”  🙂 ), że padło na Włochy. Włochy i do tego z rodzicami!! Taka historia! Do tej pory za każdym razem gdy jechaliśmy na wycieczkę z towarzyszami, okazywało się, że nie jesteśmy jakby to powiedzieć, specjalnie  poprawnie zsocjalizowani. Tym razem, mam nadzieję że będzie inaczej, szczególnie że nabywać będziemy nowe umiejętności. Przed nami trening z zakresu „co gdzie jak”, czyli przeszkolenie „na przewodnika i tłumacza” (rodzice no inglisz at ol – dogadają się wszędzie  i zawsze cudownym językiem machanym, ale  niestety może  być  to niewystarczające, gdy trza załatwić nocleg czy przejazd). Pierwszy raz ( jak przystało na  kusieWBUSIE 🙂 ) wypożyczymy auto, by swobodnie śmigać po bezdrożach Toskanii.  Mój osobisty niecny plan to testowanie wszelkich smakowitości jakimi stoją Włochy. Pasibrzuch ze mnie raczej marny, ale kto powiedział, że smak poznaje się dopiero przy ostatnim kęsie. Będę zatem, z magicznym widelcem, krążyć niczym kruk ( tudzież kruczyca ), między moimi zacnymi kompanami podróży, dokonując dziobań i smakowań dań, jakie niewątpliwie będą lądować na naszych stołach w niebagatelnych ilościach i kombinacjach.

Plan już mamy, bilet też,  noclegi w zasadzie też można zaznaczyć jako „załatwione”. Zostaje akcja auto no i kieszonkowe.

A oto w telegraficznym skrócie nasz niecny i szpetny plan miniturnusu:

1.Wylot – Katowice

2.Przylot – Mediolan (Bergamo) – tu busikiem do Mediolanu i zwiedzanko

3. Bus z Mediolanu do Florencji, gdzie mamy nocleg. Następny dzień Florencja jest nasza. Mega zadanie to „Wypożycz sobie auto, czyli uno picolo machina wypożicziano”

4. Z Florencji, gnamy bezdrożami w okolice Sieny i Sam Gimigiano, gdzie spędzimy około dwa dni, pogłębiając wiedzę z zakresu winiarstwa, budowy kielichów z zewnątrz oraz wewnątrz, oraz weryfikacji koloru  zachodzącego słońca vs zieloności wzgórz toskańskich  – jednym słowem ciężki kawałek chleba

5. Kolejny etap to Bolonia i powrót do Polski.

Zaczyna się kolejna przygoda, i już mam to uczucie –  rajzefiber!!. Zatem plecaki w dłoń!!!

 

0 thoughts on “Wakacje – koniec i początek?

skomentuj

Top
%d bloggers like this: