Home
Home > blog > wyprawa do Cebu a lądowanie przypadkiem w Danao

wyprawa do Cebu a lądowanie przypadkiem w Danao

Wyprawa do Cebu City która przypadkowo skończyła się w Danao. Mieście w którym nie ma nic…

Morze w trakcie tajfunu szalało. Łódki na Siguijor nie pływały więc musimy korzystać z dużej szybkiej łodzi/promu by wydostać się na większą wyspę skąd za kilka dni mamy kolejny lot. W miarę sprawnie (jak na Filipiny) udaje się zakupić bilety i teoretycznie po 1.5h powinniśmy być już na Cebu. Oczywiście sprawdzanie bagażu po kilkanaście razy, tysiace bramek i opłat terminalowych – klasyka w czasie podróży. O śpiących na ławkach ochroniarzach nawet nie wspominam – bo odnoszę wrażenie, że oni kilkugodzinną drzemkę mają wpisane w swój zakres obowiązków. Wszędzie ochrona śpi.I jest to zasadniczo zupełnie normalne.

przystań promowa Tagbilaran
ochrona – port Tagbilaran

Przez 1.5h fale zalewały nam pokład i nie było widać kompletnie nic… pozostaje się jedynie domyślić co się działo na morzu. Wertując przewodnik wpadamy na pomysł, że te kilka dni można wykorzystać na wypad na 3 maleńkie wysepki zwane Comotes Islands. Małe, urocze, z zaledwie 20 miejscami gdzie można wynając coś na noc – wydają się idealne. O ile rzecz jasna pogoda pozwoli. Staramy się rozkminić jak tej tajfun pójdzie i wychodzi na to że z Cebu na Comotes nie powinno być tak źle i łódki pływać będą. W teorii.

przystań promowa Cebu City
Cebu – port

Kolejny cel – miejscowość w której głównym celem wizyty jest maleńki port z którego można płynąc tam gdzie zamierzamy. Docieramy na dworzec i lśniąco fioletowym busem ruszamy w trasę. Standardowo już jesteśmy jedynymi białymi w busie i to jeszcze jadącymi w mało turystycznym kierunku więc wszyscy siadają wokół nas. Jedni mniej podejrzani, jedni bardziej a inni już zupełnie wyluzowani – co oznaczało mniej wiecej 2h obserwowania wszystkiego dookoła i trzymanie ręki na plecakach by przypadkiem coś z nich nie wypadło. Życie… Wysiadamy za miejscowością docelową, bo pan kasjer/pilot zapomniał gdzie chcemy się dostać i nie krzyknął, że jesteśmy na miejscu… Cóż, tricykl i powrót. Miasteczko Danao ładnie położone nad brzegiem morza, w miarę czysto, zawijamy w końcu do portu. Ludzi sporo, jakieś autobusy z ładunkami, ciężarówki i masa dzieciaków plus my z plecakami. Znajduje straż ochrony wybrzeża i zapytuję o łódki na Comotes.

  • nie płyną
  • a dlaczego? Kiedy następna ?
  • nie płyną bo wysokie fale i zakaz
  • -aaa cudnie. A kiedy to się może zmienić? Jutro rano coś startuje ?
  • -nie wiadomo, może jutro, może za 3 dni, może za tydzień – i pokazuje mi na komputerze znajomą już stronę PAGASA z prognozami pogody i stanu morza.

Na owej mapie stany alarmowe były na czerwono – byliśmy w czerwonej dupie… Rzut oka na zegarek – po 15-tej. Za dwie godziny zacznie się robić ciemno i problemy się zaczną mnożyć – szukamy noclegu. Przewodnik Lonely Planet na temat miejscowości Danao podaje dwa zdania: „Jest ładny kościół z koralowca, nie ma hoteli, miejscowość dobra jako baza startowa na Comotes. Tylko!”.

Danao port Filipiny
prom towarowy na inne wyspy

Autobusy w porcie Danao Filipiny

Powrót do Cebu – możliwy tylko po co ? Zajedziemy w nocy, trwa święto, na ulicach milion ludzi, szanse na hotel – słabe bądź będzie to trwało godzinami. Musimy zostać – gdzieś muszą mieć jakieś miejsca noclegowe. Wracamy do portu wybadać temat. Dwa miejsca – jedno to Intosan a drugie to jakiś podrzędny wynajem kwater. Najpierw sprawdzamy ten Intosan – w życiu bym się nie spodziewał ze w takim miasteczku coś takiego może się znajdować.

Ogólnie jest to spory, kiczowaty park rozrywki połaczony z wodnym parkiem. Do tego jest hotel, domki w parku wodnym do wynajęcia itp. Zajeżdżamy tricyklem na podjazd jak dla limuzyn, wchodzimy do recepcji, na bogato myślę. Żyrandole, kanapy, wielkie przestrzenie. Pewnie cena nas wbije w kafle i po sprawie. Akuratnie nie było promocji na nocleg na ten dzień ale miała być na dzień następny za to. Cena wyjściowa bez promo 1600peso, z promo coś około 1000. Bierzemy dwie noce – będzie czas by rozejrzeć się po okolicy 🙂

Intosan Resort Filipiny Danao
Intosan Resort

Intosan Resort Filipiny Danao

Dwa dni w parku rozrywki pośród tryskających wodą delfinów, słoni oraz mikołaja na palmie na skraju mieściny gdzie nic nie ma. Ruszamy w teren. Trwa Sinulog, lokalne religijne święto gdzie wszyscy filipińczycy chodzą mocno rozweseleni, czasem nawet umalowani i mocno krzykliwi. Nie ma barwnego korowodu, nie ma przebieranek, kolorowych strojów ale i tak radzą sobie jak mogą puszczając głośno muzykę, waląc drewnianymi pałkami w puste wiadra i tańcząc na ulicy, Dzieciaki nie dają przejść spokojnie, wszyscy zaczepiają i zachęcają do zabawy. Udziela nam się ta atmosfera i bawimy i śmiejemy się z nimi. Na pewno jesteśmy tam ciekawostką, bo z reguły turyści pojawiają się tam tylko na przystani promowej, a my mieszkamy na końcu miasta, pośród palm przy drodze prowadzącej do wulkanu i siłą rzeczy musimy jakoś się przemieszczać z miejsca na miejsce. Zdziwienie starych babuleniek widzących nas w lokalnej jadłodajni jest nie do opisania. Z początku wydawało nam się, ze wyladowaliśmy w totalnie czarnej dupie i trzeba się będzie szybko zawijać, ale finalnie ludzie dookoła byli tak niesamowici, przyjaźni. że żal było odjeżdżać. Dzieciaki grające w kosza na ziemistym porośniętym trawą placu biegnące do człowieka jakby ich tato wrócił po 10-letniej tułaczce, pan który nas zapraszał na walki kogutów, sklepikarze przyprowadzający z domu gromadkę swoich dzieci by się sfotografować – niezapomniane wrażenia.

Danao City children Sinulog
Danao
Danao City children Sinulog
w drodze do domu
Danao City children Sinulog
obiad w restauracji

Wyjazd mieliśmy z samego rana, więc poprzedniego dnia wchodzimy do informacji turystycznej wyczaić gdzie jest dworzec lub miejsce parkowania busów, sprawdzić godziny odjazdu i takie tak duperele. Urocza pani z wielką chęcią chciała nam wytłumaczyć, dać mapkę turystyczną albo nawet plan miasta. Nie dało rady niestety. Nie ma. Ale za to poszła z nami kawał drogi do ratusza i pokazała wiszącą na ścianie wielką marmurową mapę Danao i z najbardziej szczerym uśmiechem świata pokazała – mamy tylko to. Rozczulające. Zrobiłem fotę – nic to – później będę obczajał na ekraniku co i jak 🙂

Następnego dnia rano musimy zawinąc się do Cebu i najprawdopodobniej wylądujemy na przylegającej małej wysepce Mactan.

 

Marcin
Nie urodziłem się ani w samolocie ani też Tony Halik nie był moją rodziną. Ot po prostu kiedyś zacząłem jeździć po świecie i tak pozostało. Kiedyś z rodzicami maluchem po całym kraju, a obecnie to już bez ograniczeń.. Najchętniej jednak w Azji... Zawsze z aparatem i zawsze na styk...

skomentuj

Top
%d bloggers like this: