Wyprawa w Atlas Wysoki.

0
6
views

Setki starych żółtych mercedesów tłoczyło się na parkingu. Kierowcy albo drzemali w cieniu aut albo biegali w te i z powrotem wymieniając się częściami które potencjalnie mogłyby pomóc zajeżdżonym do cna taxówkom. Reperowane czym się dało samochody wszak miały posłużyć jeszcze kilka lat więc nawet kawałek drewna, skórzany pasek czy fragment dykty stanowią idealne uzupenienie braków wyposażenia w kabinie. Milion km robi swoje a mało które auta dożywają takiego wieku, szczególnie że na odejście na zasłużoną emeryturę/złom się wcale nie zanosi. Idą biali więc części poleciały na bok, na horyzoncie pojawił się potencjalny zarobek i tłum kierowców przyleciał do nas.

– Nie, to za drogo, nie mamy tyle pieniędzy

– Droga fatalna, w góry długo się jedzie, taniej nie da rady

– Poszukamy zatem dalej

-Nie, Inni są jeszcze drożsi. U mnie najtaniej.

I tak non stop a czas leci. Szybka decyzja, bierzemy żółtą strzałę i ruszamy. Gdyby ustawić naszą czwórkę w hierarchii wiekowej to auto byłoby drugie tuż po kierowcy… Wspaniale. Chwytam się skórzanego paska przybitego gwoździami do drzwi, tyłek wygodnie usadawiam pośród wystających sprężyn tylnej kanapy i macham do gościa by ruszał. Poszły kłęby czarnego dymu z zajechanego diesla i powoli zostawiamy z tyłu Marakesz. Przed nami góry Atlas.

pozamiastowe taxówki w Marakeszu

Tłuczemy się w pyle i kurzu dobre 2h ale widoki cudne więc nie zwracamy uwagi na oczywiste niewygody i przed południem meldujemy się w Asni, bazie wypadowej i ostatnim miejscem noclegowym przed najwyższym szczytem Maroka – Jabel Toubkal. Daradrar miejsce w którym się meldujemy należy do przewodnika górskiego, jest znakomicie położone nieco powyżej samej wioski co notabene daje nam nieźle popalić na podejściu z 20kg plecakami. Planowo mamy zostać 3 dni i spędzić je na łażeniu po górach. Miejsce w którym się zatrzymujemy jest niesamowite, zbudowany na skraju góry wielopiętrowy dom. A nawet kilka domów/pokoi tworzących jedną całość. Wszystko pośród innych domostw marokańczyków, kóz, kur i innych stworzeń pałętających się między nogami.

Właściciel niezwykle sympatyczny, znakomicie wyposażony we wszelkie przewodniki, mapy, atlasy, rozpiski tras – więc zapaleni trekingowcy mogą korzystać do woli. My z racji chociażby raków nie zdecydowaliśmy się na wejście na najwyższy szczyt, w kwietniu wciąż ośnieżony, ale porobiliśmy szereg tras wokół z podejściem pod szczyt również. Góry o tej porze roku zupełnie puste, gdzieniegdzie tylko spotkać można było tubylców idących z jednej wioski do drugiej. Turystów na palcach jednek ręki można policzyć. W sumie pobyt przedłużyliśmy o jeden dzien bo zdecydowanie było warto. 3 całodzienne trasy w górach i jeden dzień zupełnego lenistwa przy strumieniu. Chyba tylko podczas ostatniej trasy na wysokość 2610m.n.pm. nie spotkalismy kompletnie nikogo. Wąskimi ścieżynkami zgodnie z sugestiami własciciela naszego lokum dostaliśmy się na szczyt. Nawet poganiaczy kóż nie było. Nikogo. Za to pod szczytem trafiliśmy na gościa ze zwierzakami co sprzedawał zimną mirindę – szok kompletny ale smakowała wybornie 🙂 Wycieńczeni dotarlismy w koncu do miasta – znajomy 9 letni „kelner” już z daleka pytał czy tadżin przynieść. A jakże, przynosić ! Na deser wymyśliłem sobie sałatkę owocową – mieli w karcie więc zamawiam. Kelner się zrywa i leci na dół, my na górze więc wszystko idealnie widać. Znajduję jakąs starownikę kupuje babany i pomarańcze. Po chwili rzeczone owoce na przybrudnawym talerzyku trafiają przed mój nos. Z boku leży nóż. Chciałeś sałatkę – zrób se sam. A cena ? Jakby te owoce co najmniej z Marakeszu przyniósł… Zapłacone, zjedzone, smakowało 🙂

Poprzedni artykułwyprawa do Cebu a lądowanie przypadkiem w Danao
Następny artykułPlan podróży do Portugalii

Nie urodziłem się ani w samolocie ani też Tony Halik nie był moją rodziną. Ot po prostu kiedyś zacząłem jeździć po świecie i tak pozostało. Kiedyś z rodzicami maluchem po całym kraju, a obecnie to już bez ograniczeń.. Najchętniej jednak w Azji… Zawsze z aparatem i zawsze na styk…

UDOSTĘPNIJ

skomentuj