Wysping

0
6
views

W koncu ruszamy na wyspy. Niestety pobudka o 5 rano nie jest tym co sobie wymarzylismy ale do lotniska jest kawalek a korki w Manilii potrafia stworzyc sie bardzo szybko i mocno utrudnic przemieszczanie sie.Terminal miedzynarodowy nr 1 jest ogromniasty ale juz wszystkie terminale lokalne sa malutenkie by nie powiedziec swojskie. Filipinczycy gromadza sie wszedzie na podlodze z wielkimi pakunkami, pudlami pozwiazywanymi sznurkiem i czekaja godzinami na lot. Czekamy i my. Po 1.5h ladujemy na wyspiei standardowo obkega nas grupa taxiarzy, cyklistow i wszelkiej masci pomagierow. rzucamy nazwa hotelu i pytamy czy wie gdzie to jest. Oczywiscie wie, on jest tutejszy i zna wszystko. Po godzinie wszyscy w trojke szukamy hotelu bo kierowca motorka nie ma bladego pojecia gdzie to jest.. Klasyka. Pierwszy ma dosyc podle warunki i do plazy trzeba sie przedzierac dzungla wiec kazemy sie wiezc na plaze. Ewus zostaje z bagazami a ja ruszam obczaic kilka hoteli. Decydujemy sie na jeden tuz przy plazy z widokiem na morze, pokoj niewielki, 1300 peso. Zgoda. Smiejemy sie potem ze mieszkamy w hobbitonie bo mamy taki duzy trawiasty plac, wszedzie fajne roslinki i kepy traw w ktore mozna wycierac stopki z piachu. Zostajemy 4 dni. Pogoda rozna bo niestety mamy tu tajfun 100km od nas. Jest goroca ale niebo zachmurzone i czasami sie przejasnia. Drugiego dnia ruszamy zobaczyc sanktuarium tarsierow, takich malych futrzakow z wylupiastymi oczami. Tricykl do tagbilaranu i potem na dworzec autobusowy by znalezc jakis bus co nas tam zawiezie. Na szczescie trafiamy od razu na zolty pojazd bez szyb i drzwi, ze sporadyczna tapicerka na krzeselkach, bo fotelami to ciezko nazwac. Oczywiscie nie ma zadnych biletow tylko kierowca tzw konduktor czyli typek ktory stoi w drzwiach i kasuje od wysiadajacych tylko im znane kwoty za przejazd. Ledwo sie wgramolilismy na tyl i standardowo: – hello, where are you from – hello, from poland, and you (zarcik rozladowujacy napiecie) – czesc, dzem dobry, jak sie macie… No takiej sytuacji sie nie spodziewalismy. Jean jak sie pozniej okazalo, uczy sie jezykow, zna ich 19 i ma nawet przyjaciol z polski. 40 minutowa podroz w rozklekotanym busie mija szybko i nawet nsie wjadomo kiedy ladujemy posrodku dzungli w okolicy sanktuarium. O dziwo jestemsmy sami i przewodnik nas oprowadza pokazujac kijaszkiem futrzaki. W sumie rano znalezli tylko 4 wiec zadowalamy sie widokiem kilku futrzasto wylupiastooczych futrzakow. Sa mega fantastyczne. Do tagbilarany wracamy jeepneyem pelnym ludzi siedzac posrodku na malych rybackich krzeselkach… Dobrze ze nie padalo. Nastepna destynacja siguijor, taki byl plan. Niestety babeczka w porcie stwierdzila ze lodki nie plyna bo na morzu sa bardzo ciezkie warunki z powodu tajfunu i duzych fal. Na pytanie kiedy zatem poplyna pojawil sie uroczy usmiech i stwierdzenie „nikt tego nie wie”. Mysle sobie, zaczyna sie niezle. Pakujemy sie w tricykla i wracamy na plaze zorganizowac jakis trip po wyspach. Filipinczy wszystko zalatwiaja po swojemy, najpierw namowi na trip lodka, potem za bardzo nie wie jak ona plynie, skasuje pol kasy i wystawi kwitek na serwetce. Rano wbijamy na plaze i goscia nie ma. Lodki rowniez. Zakaz wyplywania w morze przez tajfun. Znajduje typa i zadam kasy, on jej nie ma bo kupil paliwo, mimo ze nie jego lodka. Lawirowanie i krecenie to podstawa, ale do tego mozna sie przyzwyczaic w sumie. Kazalem kase pozyczyc i w koncu oddal. Po chwiki nowy typ i nowa oferta. Podobno coast guard poszedl do domu i lodki plyna na wyspy. Ryzyk fizyk, bierzemy. Na pelnym morzu siedzac w kamizelce ratunkowej juz nie pylem taki pewny decyzji, fale na 2-3 metry, morze czarne, wiatr straszny. Wrocilismy z tripa cali mokrzy, w soli i niezbyt przekonani do kolejnego rejsu podczas sztormu. A bangka to taka mala lodka na jakies 10 osob max z takimi podporami po bokach. Przy brzegu super stabilna, ale glownie przy brzegu hehehe. Ewka jak wyszla na brzez z radosci ucalowala piasek hehehe. Nastepny cel – prom na cebu.

Ewuś

Poprzedni artykułSpanky – local star, Intramuros
Następny artykułw drodze do El Nido

Nie urodziłem się ani w samolocie ani też Tony Halik nie był moją rodziną. Ot po prostu kiedyś zacząłem jeździć po świecie i tak pozostało. Kiedyś z rodzicami maluchem po całym kraju, a obecnie to już bez ograniczeń.. Najchętniej jednak w Azji… Zawsze z aparatem i zawsze na styk…

UDOSTĘPNIJ

skomentuj